wtorek, 31 stycznia 2017

Od Abashue'a CD Mary

Uścisnąłem dłoń dziewczyny.
- Abashue. Miło mi - to drugie powiedziałem bardziej z grzeczności.
- Mnie również.
Wyswobodziłem jej rękę. Zauważyłem, że miała wręcz do przesady zadbane paznokcie. Nie, żeby mi to jakoś przeszkadzało. Ach, te dziewczyny... Uśmiechnąłem się sam do siebie.
- Jesteś tu nowy? Pierwszy raz cię spotykam...
- Tak. Niedawno przeprowadziłem się do Hollywood.
- A mieszkałeś wcześniej w Ameryce? - spytała dziewczyna.
"Ciekawska..." - pomyślałem. Widocznie taki ma charakterek. "Nikt nie jest doskonały!"
- Nie. Mieszkałem w Londynie, a potem przybyłem tutaj.
Mary pokiwała głową.
- A ty? - zapytałem.
Uznałem, że mogę zawrzeć jakąś znajomość. Ja tam odradzam. "A co ci to przeszkadza!? Cały czas mam wspominać kumpli z Londynu!?' Ech...

Mary? Spoczko, moje też nie jakieś super :)

Od Mary C.D. Abashue'a

Przewróciłam oczyma i spojrzałam na wysokiego chłopaka. Był trochę wyższy ode mnie. No cóż, tak już bywa.
- Emm... Umiem latać... - powiedziałam lekko od niechcenia. W sumie mogłam zachować milczenie i nic nie mówić, ale coś podkusiło mnie aby wydusić z siebie to najmniej sensowne stwierdzenie. Staliśmy w dość niezręcznej ciszy. Spuściłam wzrok i wpatrywałam się w ziemię. Czułam się trochę słabo, więc zrobiłam krok w tył, chowając się w cieniu pobliskiego domku. Chłopak uczynił to samo. Widocznie również czuł się dość nieswojo na słońcu. Dalej jednak staliśmy w milczeniu.
- Ekhem. - chrząknęłam, by zwrócić na siebie uwagę chłopaka. Tak jak przeczuwałam, podniósł na mnie swój pytający wzrok. - Jestem Mary. - wyciągnęłam w jego stronę dłoń.

< Abashue? >
Wybacz jakość, ale spieszę się, a mam jeszcze sporo do zrobienia.

Od Abashue'a (do Mary)

Spokojnie przemierzałem jedną z dzielnic Hollywood. Choć trudno nazwac to dzielnicą, bowiem samo Hollywood jest dzielnicą miasta Los Angeles. Ale zostańmy przy owej hollywoodzkiej dzielnicy. Jakże zacnego centrum przemysłu filmowego, ale tylko dla niektórych. A dla innych nie. A więc zdania są podzielne, choć ja sam nie mam  nigdy nie miałem jakichś szczególnych oczekiwań wobec tej sieci dróg i plątanin domów. Minąłem Instytut. Wróciły niemiłe wspomnienia, ale szybko przegoniłem te myśli. Żwawym krokiem skręciłem w następną uliczkę. Kilka minut spacerku i moim oczom ukazała się niewielka kawiarenka. Prowadziła ją para wampirów, toteż można było zamówić tam krew. Pani Jasicca Rawhson i jej mąż, pan Tys Rawhson są dobrymi znajomymi mojej matki. Otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. Pan Rowhson zerknął, kto przyszedł i wyszczerzył się do mnie.
- Czarny! No choć tutaj, syneczku.
- Dzień dobry, panie Tys - podszedłem do blatu.
- Aleś ty wyrósł! Co tam chcesz do picia? - spytał.
- To, co każde Dziecko Nocy tu zamawia - roześmiałem się.
- Zwierzęca czy ludzka z II Wojny Światowej?
- Z jelenia, poproszę. Już złamałem jedno z Porozumień...
Mężczyzna pokiwał głową po czym przyniósł kubek napełniony czerwoną cieczą. Wypiłem do dna. Westchnąłem z uznaniem dla owego napoju.
- Powiadasz, że złamałeś Porozumienie?
- Tak - kiwnąłem głową. - Ale nie chcę do tego wracać.
Zapadło milczenie. Spojrzałem na tabliczkę z cennikiem widoczną dla wampirów i tylko ich: Zwierzęca - 5$. Wyciągnąłem pięć dolarów i podałem panu Rawhdon. Wyszedłem szybko z krótkim <<Do widzenia!>>, bowiem spodziewałem się sprzeciwienia wobec zapłaty. A teraz wracamy do naszego domku. Lekko pokiwałem głową i pobiegłem w stronę mego rodzinnego domu. Momentalnie zmieniłem się w nietoperza, planowałem wlecieć do własnego pokoju, jednak wleciała we mnie samica nietoperza. Wampir. Ach, te Dzieci Nocy! W takiej porządnej dzielnicy Los Angeles się zachować nie umieją! Dziewczyna zmieniła się w człowieka, więc uczyniłem to samo. Skoczyłem na chodnik po czym zwróciłem się do kobiety:
- Uważaj.
Dziewczyna mruknęła w odpowiedzi.
- Polecam kurs latania - zaśmiałem się.
Przedstawicielka płci pięknej z początku wyraźnie uważała mnie za dupka, ale po chwili leciutko się uśmiechnęła.

Mary?

czwartek, 26 stycznia 2017

Od Abashue'a CD Sofii

Byłem zachwycony. Oczywiście w cudzysłowiu. Jeden z Łowców Demonów ciągnął mnie za sobą. Przyspieszyłem, żeby za nim nadążyć. Czekało mnie przesłuchanie. Na środku sali stał fotel. Stary, ale elegancki fotel. Na jego oparciu zauważyłem ślady krwi. Przełknąłem ślinę. Jak to mówią: Wątroba podeszła mi do gardła. Wiedziałem, że najprawdopodobniej będą mnie torturować. A w najgorszym przypadku wystawią mnie na słońce, abym się spaliłi tym samym zmarł. Rozejrzałem się po czym zerknąłem za siebie. Ujrzałem kamienną twarz pani Herondale, jednak.w jej oczach doszukałem się błysku zrozumienia. Z powrotem się odwróciłem. Thomas Herondale zmusił mnie, abym usiadł na przygotowanym fotelu. Z cienia wyszedł dobrze zbudowany mężczyzna. Spojrzałem na niego, a potem na Miecz Anioła. Po moim czole spłynęła kropelka potu. Ramiona lekko mi drżały. Czekałem. Czułem na sobie wzrok mężczyzny. On również był Nefilim. A najbardziej przytłaczająca była cisza. Wszyscy milczeli i nikt nie odważył się odezwać. W końcu głos zabrał ów brodaty mężczyzna:
- Pan Abashue Septiëmbre. Lat 19. Anglik, niedawno przybył do Hollywood. Zgadza się?
Powoli pokiwałem głową cały czas obserwując mężczyznę.
- Dopuściłeś się przestępstwa i zabiłeś Przyziemną - nie wiem skąd obok mnie pojawił się drugi mężczyzna. On również należał do Nocnych Łowców.

Sofia? Nie ogarniam tych wszystkich Inkwizytorów, Clave'ów itd., itp., więc tobie to zostawiam.

Od Sofii C.D. Abashue'a

Westchnęłam i zignorowałam wampira, a także lodowate spojrzenie Thomas'a które zdawało się mówić: "I już wszystko o tobie wie? Frajerka".
-Może jestem panie Septiëmbre. Zabieramy cię do Miasta Kości. Podobno lubisz tam przebywać co? - uśmiechnęłam się ironicznie - Zresztą... Jak każdy Podziemny.
Abashue zamilkł, a uśmiech momentalnie zanikł. Cisi Bracia - postacie o zaszytych ustach i oczach - wszystkich przyprawiali o zawroty głowy. A propo głowy... Znali nasze myśli. I chyba to przerażało mnie w nich najbardziej. Eric położył mi rękę na ramieniu, dając znać że jesteśmy w tym razem, na co Kapitan znowu przewrócił oczami i mruknął pod nosem coś w stylu "Małe dzieci". Jakby sam niczego się nie bał. Zamiast do Instytutu, skręciliśmy w stronę cmentarza Cappilles. Wiele dużych, małych, starych i młodych grobów, minęliśmy zanim znalazłam odpowiedni grobowiec. Abashue powoli przełknął ślinę i nawet nie zdając sobie z tego sprawy, zagryzł policzek od środka. Otworzyłam kamienne drzwiczki z napisem Pulvis et umbra sumus. Poszło szybko i sprawnie jak na siedlisko Braci. Ukazał nam się korytarz jaskini, pełen pochodni i schodów. Ruszyłam jako pierwsza a tuż za mną poszedł Thomas trzymający Abashue'a za kark. Eric osłaniał tyły. Kiedy doszliśmy do posągu Anioła Razjela, skierowałam się tam gdzie wskazywał miecz.
-Hej... To nie ten słynny Kielich Anioła? - zapytał Shue.
Źle trafił. Thom kompletnie nie nadawał się na przewodnika, tłumacza ani dyplomatę. Po prostu milczał i nie krył się z swoim ironicznym wyrazem twarzy. Postanowiłam więc sama wprowadzić wampira w temat.
-Nie. To kamienna replika Anioła Razjela, Miecza Anioła i Kielicha.
Eric był szybszy. Po chwili postoju, zrobiłam krok w stronę lewego korytarza. Wiedziałam że znajdziemy tam "groby" Nefilim, a dalej salę przesłuchań i cele. Piętro niżej zmuszeni bylibyśmy oglądać rozkładające się ciała, Nefilim, Podziemnych, Przyziemnych i Wyklętych. A wolałam tego jak najbardziej uniknąć. Wyciągnęłam rękę dając tym samym znak aby reszta poszła pierwsza.
-Panna Sofia się boi? - zakpił Kapitan.
-Cicho ćwoku - wysyczałam.
Thomas doskonale zdawał sobie sprawę z tego co o nim mówimy i myślimy. Zaśmiał się cicho i ruszył przed siebie. Nagle usłyszeliśmy jak coś stuknęło o skały. "Cisza niedouczone dzieciaki. Zaprowadźcie Podziemnego do sali". W naszych głowach rozległ się basowy głos brata Juliusza. Szczerze to był on moim znienawidzonym bratem. Strasznie sztywnym. Thomas przyśpieszył kroku, wlekąc za sobą Shue'go. W sali już czekał ustawiony fotel. A także Miecz Anioła. Chłopak zginie jeśli tylko skłamie. A jeśli uznają go za winnego... Czekają go męczarnie w celach Miasta Kości.

Abashue? Prosze. Zostawiam ci cały proces. Zrób coś o Konsulu i Inkwizytorze.

Od Abashue'a CD Sofii

Wskoczyłem do domu Levisa Quneta. Był to mój dobry przyjaciel, choć nie wampir, a czarownik. Dostałem się do przedpokoju. Z kuchni wyszła mama Levisa, pani Gilda.
- Dzień dobry, pani Gildo.
- Witaj Shue. Co cię sprowadza w nasze skromne progi?
- Zabiłem Przyzmiemną - westchnąłem. - Nie mogłem przestać pić jej krwi.
- I wypiłeś całą krew tym samym doprowadzając do zgonu.
- Zgadza się - przytaknąłem.
Wtem doszły nas głosy z pola:
- Abashue Septiëmbre! Poddaj się, a nie będziesz miał kłopotów.
Skrzywiłem się. Pożegnałem mamę Levisa i wyskoczyłem przez okno. Moim oczom ukazała się dziewczyna, którą już spotkałem i dwaj Nefilim.
- Ok, przyznaję się - wyprzedziłem ich pytania.
Brunetka uśmiechnęła się pod nosem, na co ja przewróciłem oczami.
- Pójdziesz z nami. Radzę nie stawiać oporu - stwierdziła Nocna Łowczyni.
- Dobrze. Mam tylko nadzieję, że nie wsadzicie mnie na dołek.
- Raczej nie - odrzekła. - Ale musisz być posłuszny i wszystko wyznać.
Delikatnie pokiwałem głową jednak nie byłem zachwycony. Nie lubiłem być przesłuchiwanym, a było tsk wiele razy, bo gdy miałem szesnaście lat byłem świadkiem morderstwa. Puk, puk. "Wróciłeś!" - odetchnąłem. Dziewczyna przyjrzała mi się podejrzliwie. Jej bicz znów się ożywił. Była w gotowości. Wzruszyłem ramionami.
- Spokojnie, nie zamierzam się stawiać.
Kobieta rozluźniła się, ale nadal była przygotowana na każdy mój ruch. Ruszyliśmy w stronę Instytutu. Podszedłem do dziewczyny. Nie krępowały mnie żadne więzy, ale wszyscy uważnie mi się przyglądali.
- Już wiesz, jak się nazywam.
- Tak - odparła szorstko.
- I jeśli mnie pamięć nie myli, to ty jesteś Sofia. Córka jakże znanych Clary i Jase'a Herondale'ów.

Sofia? Uff... Ok, ale zeznania Shue'a zostaw mi, madmazel.

Od Sofii C.D. Abasue'a

-Zostaw mnie pijawko - warknęłam i odepchnęłam wampira.
Bicz momentalnie się ożywił i owinął wokół jego szyi. Uśmiechnęłam się zimno, jakby z kpiną i politowaniem dla żółtodzioba. Chłopak, a raczej Podziemny, wstał i zsunął z siebie węża.
-Okej. Nałożyłaś czar czy co? - otrzepał się z niewidzialnego kurzu.
Przewróciłam oczami i przyłożyłam stelę do lewego ramienia.
-Brawo panie Abashue Septiëmbre. Od niedawna tu jesteś co? - zmieniłam się z 14 letniej blondynki, z powrotem w siebie - Od razu to widać. U nas wampiry przestrzegają Porozumień Clave.
Milczał. Nie wiedział co dalej powiedzieć więc się ulotnił, odbiegając w sąsiednią ulicę. A mnie czekał powrót do Instytutu bez zabitego demona, który terroryzował Podziemnych od jakiś dwóch dni. Zawsze znajdzie się jakaś robota... Westchnęłam i szybkim krokiem ruszyłam w stronę gmachu jednego z największych budynków w Hollywood. Ukrytego pod czarem starego, zburzonego kościoła katolickiego. Otwarłam ogromne i skrzypiące drzwi. Mój młodszy braciszek, William, jak zwykle uroczy i miły, przytulił się do mnie.
-Kapitan powiedział że już nie wrócisz - wyszeptał chłopiec.
Przewróciłam oczami. Kapitan. Kapitan Ćwok czyli Thomas. Najupierdliwszy chłopak w całej galaktyce. No i rzecz jasna nienawidzący swojej rodziny oraz pracy. Pesymista. No i... Ćwok.
-To był w błędzie. Poszłam tylko poszukać zmiennokształtnego demona, który zabił Gwyn'a.
Will odsunął się na dźwięk kroków babki Maryse. Czarnowłosa kobieta podeszła do nas i zmierzyła uważnie wzrokiem. Po chwili nas uściskała, i jak zawsze, powiedziała William'owi że przypomina jej Max'a. Max Lightwood - zabity przez Jonathana "Sebastiana" Christophera Morgensterna, syn Maryse i Roberta Lightwood. Ewidentnie miała nam coś jeszcze do powiedzenia.
-Abashue Septiëmbre. Ten wampir zabił dziś Przyziemną, Teracottę Bush - westchnęła - Podobno go spotkałaś całkiem niedawno Eadlyn.
Pokiwałam powoli głową. Już wiedziałam do czego zmierza. Polowanie na wampira.
-Twoja matka wydała rozkazy. Ty, Eric i Thomas idziecie w bogatszą dzielnicę Hollywood.
Wyciągnęłam serafickie ostrze i pobiegłam szukać braci. Adrenalina rozeszła się po całym moim ciele. Jak zawsze gdy wyznaczają nas na polowanie. Oczywiście nie skrzywdzimy Septiëmbre'go o ile będzie współpracował z Konclave. Od tego zależy całe jego wampirze życie. Skręciłam do centrum dowodzenia gdzie czekali moi bracia. Bez słów wyszliśmy tylnym wyjściem.
***
Noc była wyjątkowo ciemna. Thomas co chwilę przeklinał, gdy wchodził w jakąś kałużę. Cały on... Nagle w cieniu dostrzegłam nikły ruch. Ktoś wskoczył do jakiegoś domu. Przez otwarte okno, więc pokierowałam tam Eric'a, a Thom został na straży. Czułam że zbliżamy się do Shue'go.
Abashue? Jest ok